niedziela, 11 czerwca 2017

Rozdział XX

Witam!
Mamy już okrągłą dwudziestkę!
Mam nadzieję, że rozdział się Wam spodoba.
Zachęcam do komentowania!
Miłego czytania!
Pozdrawiam,
♥ Lilith ♥

Hogwarckie jezioro było niesamowite wiosną. W zależności od kąta, w jakim padały promienie słońca, mieniło się innym odcieniem zieleni. Można było wpatrywać się w nie godzinami, nie odczuwając upływającego czasu i zawsze panowała tam idealna atmosfera. Nikogo więc nie dziwili uczniowie, którzy samotnie, bądź z kimś, spacerowali wzdłuż linii brzegu. Samo jezioro było na tyle rozległe, że nikt nie musiał bać się o swoją prywatność. To właśnie przez wzgląd na tę ostatnią cechę May i Nathaniel wybrali to miejsce, aby odbyć rozmowę.

- Esther w dalszym ciągu chodzi do lasu - powiedział Nathaniel.

- W jakim celu? - spytała zaskoczona May.

- Niestety nie udało mi się jeszcze tego ustalić - skłamał Nathaniel, nie chcąc jeszcze mówić May o Eugene'ie.

- Będziemy musieli się tego jak najszybciej dowiedzieć - stwierdziła May - Ten las jest niebezpieczny! - kontynuowała po chwili - nie powinna się tam w ogóle zapuszczać.

- Myślisz, że nie zdaję sobie z tego sprawy? - zapytał z lekkim wyrzutem Nathaniel.

- Nie to miałam na myśli... - broniła się May - Po prostu nie rozumiem, co takiego ją tam przyciąga.

- Też chciałbym to wiedzieć - przyznał Nathaniel, który bardziej mówił do siebie, niż do May.  - A ty się czegoś dowiedziałaś?

May przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią. Nathaniel nie wiedział, czy nie wiedziała, co powinna powiedzieć, czy próbowała sobie wszystko przypomnieć. Być może, tak jak on sam, nie chciała, bądź nie mogła powiedzieć mu wszystkiego.

- Mogłeś mieć rację co do Michaela...

Nathaniel nie wierzył w to, co słyszał. Czyżby jeden z jego problemów postanowił sam się rozwiązać? Gdyby naprawdę tak było, ułatwiłoby  to wiele jego spraw. Tylko co sprawiło, że jego przyjaciółka zmieniła zdanie? Już chciał ją o to zapytać, jednak May postanowiła kontynuować swoją wypowiedź.

- Jednak zanim cokolwiek powiesz, musisz wiedzieć, że moje podejrzenia wzbudził Barnes, więc nie wiem, na ile ta informacja się sprawdzi.

- Jak to Barnes?! - zapytał Nathaniel, gdy dotarł do niego sens wypowiedzi May.

- Wpadłam na niego w bibliotece, gdy szukałam Esther. Widział mnie wcześniej z Michaelem. Mówił w taki sposób, jakby był pewien, że mogłabym wyciągnąć jakieś informacje na jego temat.

- Możesz być pewna, że Chavez nie powie ci niczego, czego nie będzie chciał powiedzieć. Lepiej, żebyś trzymała się od niego z daleka, ale już ci to mówiłem... z marnym skutkiem, niestety - ta wypowiedź Nathaniela, aż raziła swoją obojętnością, jednak May zdecydowała się to zignorować.

Wymieniali się jeszcze przez jakiś czas mniej lub bardziej znaczącymi informacjami. Nathaniel przez cały czas zastanawiał się, czy powinien powiedzieć May, jaką decyzję podjął. Bał się tego, jak może zareagować. Wiedział, że będzie musiał ją uświadomić, iż niczego to na razie nie zmienia. Cały czas jednak próbował odnaleźć w sobie resztki odwagi. W końcu zdecydował się zaryzykować...

- May, muszę ci się do czegoś przyznać - zaczął swoją wypowiedź Nathaniel. - Długo nad tym myślałem i doszedłem do wniosku, że między mną a Esther nigdy nic nie będzie. Prawda jest taka, że to nigdy nie miało prawa się udać. Przez cały ten czas tylko się oszukiwaliśmy i proszę cię, nie próbuj mi wmówić, że było inaczej. Nie musisz się jednak martwić o to, co będzie dalej. Postanowiłem, że mimo wszystko pomogę ci w wyeliminowaniu Barnesa. Chcę skończyć to, nad czym pracujemy od miesięcy. To moja ostateczna decyzja, dlatego nie wysilaj się, ponieważ nie zmienię swojego zdania. - zakończył swój wywód Nathaniel.

May, wbrew oczekiwaniom Nathaniela, nie odezwała się ani słowem. Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, po czym zrobiła najmniej oczekiwaną rzecz. Objęła w pasie Nathaniela, przytulając się do niego. Był to niemy gest zrozumienia, który w tamtym momencie był najlepszą z możliwych reakcji.

***

Znów została całkowicie sama. Esther nie wiedziała, czy powinna May dziękować za tą samotność, czy jednak wyrzucić, że zostawiła ją samą z tak wieloma przemyśleniami, które wolałaby odłożyć na później... Za wiele się wydarzyło w ostatnim czasie, to co brała za pewne, stało się zagmatwane. Wszystko jeszcze bardziej się skomplikowało, a ona niczego nie pragnęła bardziej, jak chociaż chwili z prostotą.

To, co miało miejsce w lesie, całkowicie zbiło ją z tropu. Jednocześnie przypomniała sobie, z kim tak naprawdę miała do czynienia przez cały ten czas. Jak mogła być na tyle nierozważna, by wyrzucić z głowy fakt, iż Eugene jest wampirem? Czy naprawdę musiało dojść do konfrontacji z innym człowiekiem, aby sobie uświadomiła, że on ma inny system wartości? Ludzie nie boją się wampirów bez powodu. A Hogwart miał do czynienia z wampirami, które za wszelką cenę chciały przeżyć.

Esther wiedziała, co powinna zrobić, jednak nie potrafiła się na to zdecydować. Nie była pewna, czy dałaby radę trzymać się od lasu z daleka... i od Eugene'a. Nie umiałaby wyrzucić z pamięci tych wszystkich godzin z nim spędzonych, a bez tego trudno byłoby jej utrzymać dystans. Kogo ona oszukiwała? Największy problem stanowiło to, czy chce trzymać się od niego z daleka...? W końcu Eugene znał ją jak nikt inny. Potrafiłaby zrezygnować?

Niestety pozostawała jeszcze jedna kwestia. Co, jeśli naprawdę zrobią komuś krzywdę? Czy Esther będzie za to odpowiedzialna? Od dłuższego czasu ją to męczyło. Na samym początku rozważała, czy powinna powiedzieć ojcu, co się dzieje, wtedy jednak była zaślepiona własną fascynacją. Teraz jednak nie była już niczym ograniczona. To przynajmniej próbowała sobie wmówić. Widziała w oczach Eugene'a, że jest gotów posunąć się do wszystkiego, aby tylko przetrwać. Był niebezpieczny. Esther była już niemalże pewna, że gdyby nie było jej wtedy w lesie, Nathaniel leżałby tam martwy...

Nathaniel. Co on tam tak naprawdę robił? Jeśli jej szukał, to w jakim celu? Nie potrafiła znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi na swoje pytania. Wiedziała, że istnieje tylko jeden sposób, by poznać prawdę. Musiała zapytać u źródła. Tylko czy Nathaniel będzie chciał z nią rozmawiać? Jeśli domyślił się, kim jest Eugene... Nie potrafiła sobie nawet wyobrazić, do czego mogłoby to doprowadzić. Wiedziała, że musi porozmawiać z Nathanielem i to jak najszybciej.

***

Eugene nie wiedział, jak mógł być aż tak głupi. Dlaczego stracił panowanie, akurat przy niej? I to przez kogo? Śmiertelnika? Czy naprawdę aż tak bardzo przeszkadzała mu jego obecność? Jednak sposób, w jaki patrzył na Esther... Eugene bardzo łatwo odgadywał ludzkie emocje i zamiary. Od razu się domyślił, co takiego ma w głowie ten cały Nathaniel. Podejrzewał, że właśnie ta wiedza była przyczyną jego nierozważnego zachowania.

Zaczął się zastanawiać, czy jest sens, aby na nią czekać? On sam na jej miejscu już nigdy nie pojawiłby się w lesie. Zdawał sobie sprawę z tego, że wzięła jego wypowiedź za groźbę. I słusznie. Gdyby reszta się dowiedziała, że wypuścił wolno kolejnego śmiertelnika... Nie chciał nawet o tym myśleć. W końcu jedyną rzeczą, jakiej potrzebują, jest czarodziej. Esther naprawdę nie zdawała sobie sprawy z tego, jak ogromne miała szczęście, że trafiła wtedy na niego. Gdyby to był ktoś inny, nie pozwoliłby jej ujść z życiem. Jednak nadejdzie czas, gdy nawet on nie będzie w stanie jej obronić.

W jego głowie zbierało się coraz więcej czarnych myśli. Wiedział, że prędzej czy później będzie musiał zrazić do siebie Esther na tyle, by już nigdy tu nie wróciła. O ile już tego nie zrobił.

- A ty znów tu siedzisz? - usłyszał za sobą.

- Nienawidzę, gdy się tak pojawiasz znikąd - zignorował pytanie Eugene. - To, że potrafisz się ukryć nawet przez wampirzymi zmysłami, nie oznacza, że musisz to wykorzystywać na każdym kroku.

Stała przed nim kobieta w granatowej szacie. Jej czarne włosy ledwo dotykały ramion, a czerwone usta niezwykle kontrastowały z jasną twarzą. Patrzyła na niego, jak zwykle, z wyższością. Tylko ona sobie na to pozwalała. Zresztą nic dziwnego. Gdyby nie tak duża różnica wieku, pewnie mogłaby go z łatwością pokonać.

- Zrobiłeś się strasznie przewrażliwiony w ostatnim czasie. - stwierdziła. - Chyba nawet znam tego przyczynę...

Oboje zdawali sobie sprawę z tego, do czego zmierza. Eugene jednak postanowił, że nie da się sprowokować. Już i tak ostatnio zbyt często się o to kłócili.

- Nie sądzę, aby moja wrażliwość uległa jakiejś diametralnej zmianie. Ty za to stałaś się niezwykle nadopiekuńcza.

- Dziwisz się? Wisi nad nami groźba rychłej śmierci w męczarniach, a ty nie pozwalasz nam skorzystać z ostatniej deski ratunku - powiedziała z wyrzutem w głosie, chociaż jej twarz nie zdradzała żadnych emocji. - Co ty takiego widzisz w tej śmiertelniczce?

Zaskoczyło go to pytanie. Nie potrafił odnaleźć na nie odpowiedzi. Widocznie to zauważyła, ponieważ prychnęła tylko, po czym się odwróciła z zamiarem odejścia.

- Powinieneś się zastanowić nad tym, co jest dla ciebie ważniejsze, Eugene - powiedziała, stojąc do niego tyłem.

Eugene nie zdążył nic odpowiedzieć. Zniknęła między drzewami bezszelestnie. Jeszcze przez jakiś czas wpatrywał się w miejsce, w którym wcześniej stała. Zaczął się zastanawiać nad tym, co powiedziała. Czyżby naprawdę zmieniły się jego priorytety? Obawiał się tego, co może przynieść przyszłość...

***

Dla Salazara było w tym miejscu zdecydowanie za jasno. Nigdy nie zrozumiał zamiłowania Helgi do jasnych barw. Kiedyś nawet zażartował, że jest to jakaś wada umysłowa, jednak wtedy po raz pierwszy zobaczył zdenerwowaną, było to niemałym eufemizmem, Helgę i wolałby już nigdy do tego nie wracać.

- Jak tak dalej pójdzie, to nie będziesz miał się już o co zakładać, Sal - zażartowała Helga, wykonując ruch na szachownicy.

Grali już którąś partię z kolei, a on w dalszym ciągu przegrywał. Nie mógł się jednak skupić na grze. Cały czas myślał o tym, co stało się z jego żoną. Przyszedł do przyjaciółki tylko po to, aby chociaż na chwilę o tym zapomnieć, jednak tym razem nawet Helga nie potrafiła oderwać go od rzeczywistości.

- Coś się stało, prawda? - zapytała z troską w głosie.

Dopiero po chwili dotarło do niego to, że został o coś zapytany. Bezskutecznie próbował wpaść na to, czego mogłaby chcieć Helga, aż w końcu zrezygnował i poprosił o powtórzenie pytania.

- Co się dzieje, Sal? Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz chodziłeś całymi dniami zamyślony.

Zastanawiał się, jak wybrnąć z tej sytuacji tak, aby nie urazić przyjaciółki. Mimo ich ciągłych, wzajemnych przytyków wiedział, że jest ona jedyną osobą, nie licząc jego żony, na którą będzie mógł zawsze liczyć.

- Obiecałem Claudine, że pozostanie to między nami, bez względu na to, co się będzie działo... - odpowiedział Salazar. Postawił na szczerość.

- Rozumiem. Nie będę więcej o to pytać, ale gdyby coś się działo, to wiesz gdzie mnie szukać - posłała w jego stronę przyjazny uśmiech.

Salazar miał nadzieję, że nigdy nie będzie musiał skorzystać z tej propozycji. Dla niego oznaczałoby to tylko jedno, wszystkie inne sposoby zawiodą... Nie chciał wykorzystywać jedynej, w pełni pozytywnie nastawionej do niego, osoby. Dlatego postanowił nieco zmienić temat.

- A co się dzieje u ciebie? - zapytał.

Helga nagle spoważniała. Tego się właśnie obawiał. Ostatnio zbyt często tak reagowała, gdy rozmowa schodziła na tematy, które jej dotyczyły.

- Znów się pokłóciliście, prawda? - zapytał. Po chwili postanowił jednak dodać - Nie musisz odpowiadać, jeśli nie chcesz.

Spojrzała na niego z wdzięcznością. Salazar był pewny, że to zakończy ich rozmowę, przynajmniej na te bardziej prywatne tematy, jednak po chwili Helga zaczęła mówić:

- Ja już kompletnie nie wiem, jak ratować moją rodzinę, Sal... - nie płakała, jednak jej głos się lekko załamał.

- Naprawdę jest aż tak źle? - zapytał Salazar. Było to bardzo głupie pytanie, jednak w tamtym momencie nie potrafił się zdobyć na nic innego.

- Od miesiąca nie opuszczałam Hogwartu - odpowiedziała Helga. - Jednak wiesz, co jest najgorsze? - Salazar jedynie pokręcił głową. - On ani razu nie napisał, nie zapytał się, czy wrócę. Żadnego zainteresowania.

- Co z Grace? - Salazar postanowił zapytać się o jej córkę.

- Odkąd opuściła Hogwart, widziałam ją zaledwie kilka razy...

Zapanowała cisza. Salazar nie miał pojęcia, jak pomóc siedzącej przed nim kobiecie. Dlaczego tak dobra osoba, zupełne przeciwieństwo jego egoizmu, nie mogła zaznać w życiu choć odrobiny spokoju? Pamiętał, jak lata temu, zanim jeszcze stworzyli Hogwart, zanim poznali Godryka i Rowenę, pocieszał ją po stracie rodziców. Już wtedy nie potrafił zrozumieć niesprawiedliwości tego świata.

Helga nagle wykonała ruch na szachownicy. Już dawno zapomniał o ich grze. Doszedł jednak do wniosku, że jest to właśnie tym, czego potrzebuje, więc postanowił się skupić i zmienił pozycję gońca. Grali tak jeszcze jakiś czas. Jak można było się tego spodziewać, to Helga wygrała.

- Cztery wygrane jednego wieczoru, tracisz formę - próbowała zażartować, jednak było to nieudolne, biorąc pod uwagę jej grobowy ton.

- Jakoś dasz radę - powiedział Salazar, ignorując jej wypowiedź. - Ja też nie mam ostatnio zbyt dobrych stosunków z Esther...

Helga tylko pokiwała głową. Co więcej mógł powiedzieć bądź zrobić, aby jego przyjaciółka przestała się zamartwiać?

- Zrobiłam coś strasznie głupiego, Sal... - przerwała jego rozmyślania, Helga.

- Co się stało? - spytał zaskoczony Salazar.

- Chodzi o Godryka...

***

Esther mijała ludzi na korytarzach, jednak żadna z tych osób nie była tą, której poszukiwała. Przyglądał się każdej napotkanej twarzy, z marnym skutkiem. Zastanawiała się, gdzie jeszcze mogłaby go znaleźć, jednak nic nie przychodziło jej do głowy. Chciała porozmawiać z Nathanielem jak najszybciej, zanim jej spotkania z Eugenem wyjdą na światło dzienne.

Miała wrażenie, że przeszukała całą szkołę, kilka razy, jednak nigdzie go nie było. Już miała zrezygnować, gdy wpadła na niego niedaleko biblioteki. W pierwszej chwili żadne z nich nie wiedziało, co powiedzieć. Przyglądali się tylko sobie w ciszy. Esther jednak szybko się zreflektowała. W końcu to ona go szukała.

- Możemy porozmawiać? - zapytała.

- Oczywiście - odpowiedział po chwili Nathaniel. Zabrzmiało to jakoś... chłodno.

Weszli do biblioteki i znaleźli tam jakieś ustronne miejsce. Żadne z nich nie chciało, aby ta rozmowa dotarła do osób trzecich. Gdy usiedli, Esther odzyskała całą pewność siebie. Doskonale wiedziała, czego oczekuje po tym spotkaniu i musiała sprawiać dokładnie takie wrażenie.

- O czym chciałaś rozmawiać? - zapytał Nathaniel. Esther zastanawiała się, czy to ich ostatnie spotkanie sprawiło, że tak się zdystansował.

- Chciałabym mieć pewność, że to, co widziałeś w lesie, pozostanie między nami - odpowiedziała rzeczowo Esther. Postanowiła zagrać w jego grę...

- Nie musisz się o to martwić, nie zamierzałem nikomu tego powiedzieć. To twoja sprawa, co i z kim robisz.

- Dziękuję.

Nie wiedziała dlaczego, ale uwierzyła w każde jego słowo. Nie mogła dostać żadnej gwarancji, że jej nie okłamał, że zachowa to wszystko dla siebie, jednak coś jej podpowiadało, że tak właśnie będzie.

- Jeśli to wszystko, to... - zaczął swoją wypowiedź Nathaniel, jednak Easther nie pozwoliła mu jej zakończyć.

- Chciałabym wiedzieć jeszcze tylko jedną rzecz.

- Jaką?

- Czy możesz mi szczerze odpowiedzieć, dlaczego byłeś wtedy w tym lesie?

Powinna się powstrzymać od zadania tego pytania, jednak nie potrafiła. Nie odrywała od niego wzroku. Chciała mieć pewność, że jeśli zacznie mówić, to każde jego słowo będzie prawdą... bądź kłamstwem. Jednak Nathaniel nie odpowiadał. Przyglądał się jej równie uważnie. Zaczynała tracić cierpliwość. Mógłby przynajmniej jej odmówić. Owszem, byłaby zawiedziona, ale przynajmniej wiedziałaby, na czym stoi. Jego milczenie, było dla niej największą z możliwych tortur.

- Mówiłem wtedy prawdę - przerwał ciszę tak gwałtownie, że musiała się upewnić, czy się nie przesłyszała.

- Co?

- Mówiłem prawdę, szukałem ciebie.

- Dlaczego? - zapytała Esther.

Nie miała pojęcia, czego powinna się spodziewać. Jednak to, co usłyszała chwile później, całkowicie zbiło ją z tropu.

- Chodzi o May. Martwię się o nią. Michael to nie jest ktoś dla niej. I nim cokolwiek powiesz, musisz wiedzieć, że znam go bardzo dobrze, dlatego doskonale wiem, co mówię.

Całkowicie ją wmurowało. May przez cały czas zarzeka się, że nic jej nie łączy z Nathanielam, a teraz on przychodzi do niej, bo się martwi o jej przyjaciółkę?

- To wszystko? - zdołała wydusić Esther.

- Wszystko.

I wyszedł. Tak po prostu. Zostawił ją sama z jej przemyśleniami, a ona miała ochotę krzyczeć. Jednak z jej ust nie wyszedł nawet szept. Podniosła się i odeszła, z wysoko podniesioną głową.

***

Salazar krążył po swoim gabinecie i rozmyślał nad wcześniejszą rozmową z Helgą. Nie sądził, że coś jeszcze będzie w stanie zaskoczyć go po wydarzeniach z żoną, jednak się mylił. Trudno było mu uwierzyć w to, co usłyszał do przyjaciółki, chociaż miał pewność, że była to prawda. Mógłby się spodziewać wszystkiego, ale nie tego, czego dowiedział się o Helgi. Na dodatek nie mógł z nikim na ten temat porozmawiać, ponieważ obiecał dyskrecję. Ostatnio zbyt często coś obiecuje, będzie musiał nad tym popracować...

Jego rozmyślania przerwał dźwięk uderzania w drzwi. Nie miał pojęcia, kto mógł to być, jednak nie zastanawiał się nad tym zbyt długo.

- Proszę! - zaprosił nieoczekiwanego gościa do środka Salazar.

To była Esther. Nie spodziewał się jej wizyty w najbliższym czasie. Zastanawiał się, co mogło być jej motywacją. Czyżby się coś stało? Postanowił się jej przyjrzeć, jednak nie dostrzegł niczego niepokojącego. Nie mógł mieć jednak pewności, dlatego postanowił zapytać:

- Coś się stało?

Przez chwilę wyglądała na nieobecną. W jakim celu miałaby tu przychodzić, by potem milczeć? Ostatnio miał naprawdę spore problemy ze zrozumieniem swojej córki. Nie potrafił wyjaśnić jej ciągłych zniknięć, czy zbyt długiego milczenia. Zastanawiał się, czy Claudine poradziłaby sobie lepiej, wiedział jednak, że na razie nie powinien zabierać do niej Esther, więc nie mógł się przekonać.

- Nic, chciałam cię tylko odwiedzić - odpowiedziała Esther.

Dlaczego wydawało mu się to nieszczere? Wcześniej mógł rozmawiać z córką niemalże o wszystkim, tak mu się przynajmniej wydawało, jednak teraz... Miał nadzieję, że taka sytuacja nie potrwa długo. Czuł się z nią dziwnie, niepewnie, nie miał pojęcia jak reagować.

- A jak twoje spacery? - usiłował rozwinąć rozmowę Salazar.

- Chyba z nich zrezygnuję... - odpowiedziała Esther.

- Esther, czy miało miejsce coś, o czym powinienem wiedzieć? - Salazar zdecydował, że wróci do bycia stanowczym, nie miał jednak pojęcia, czy uzyskał zamierzony efekt.

- To nic takiego - powiedziała. - Naprawdę - postanowiła dodać, gdy zobaczyła niepewność na twarzy ojca.

Nie uwierzył jej. Czuł, że to, co mówi, nie jest prawdą, jednak wiedział również, że nie pozna jej na siłę, więc postanowił zrezygnować, przynajmniej na tę chwilę. Chciał ponownie zmienić temat, zapytać ją o młodego Barnesa, jednak nim wypowiedział chociaż jedno słowo, Esther zadała mu pytanie, którego miał nadzieję nie usłyszeć:

- Czemu zniknąłeś ostatnio na tak długo? Coś stało się z mamą?

Mało brakowało, by Salazar zaczął panikować. Dlaczego musiała zapytać akurat o to? Nie chciał jej okłamywać, jednak nie miał wyjścia. W końcu oboje z Claudine zdecydowali, że nie mogą jej powiedzieć, co takiego się stało. Nie w najbliższym czasie. Chociaż jego żona, gdyby mogła, zabrałaby tę informację ze sobą do grobu.

- Nic się nie stało, nie musisz się martwić. Straciliśmy po prostu poczucie czasu - miał nadzieję, że mu uwierzyła. Nie chciał okłamywać jej więcej razy, niż było to konieczne.

- Nigdy wcześniej wam się to nie zdarzało -zauważyła Esther.

- Kiedyś musi być ten pierwszy raz...

Esther przyglądała mu się jeszcze przez jakiś czas podejrzliwie, jednak chyba nie zauważyła niczego niepokojącego, albo udawał, że tak jest. Najwyraźniej doszła do takiego samego wniosku, co Salazar, że jeśli ona nie będzie dociekać, to on odpuści w jej sprawie.

Ich rozmowa w ogóle się nie kleiła. Nie potrafili ze sobą rozmawiać tak, jak kiedyś. Po niedługim czasie Esther się pożegnała i wróciła do siebie. Salazar miał nadzieję, że taka sytuacja nie będzie trwała zbyt długo.

***

Esther zastanawiała się, dlaczego ojciec ją okłamał. Czy z jej matką wszystko było w porządku? Wiedziała, że będzie musiała poznać odpowiedź na to pytanie, w przeciwnym razie nie da jej ono spokoju i będzie się nim cały czas zadręczać. Jednak miała świadomość tego, że nie uda jej się przekonać ojca do wyznania jej prawdy. Będzie musiała spróbować czegoś innego.

Była tak zajęta planowaniem, że nawet nie dostrzegła, dokąd zmierza. Zorientowała się dopiero wtedy, gdy znajdowała się kilka kroków od lasu. Nie miała pojęcia, dlaczego znalazła się właśnie tutaj. Gdy w końcu zdecydowała, że nie pójdzie tam w najbliższym czasie, nogi same ją poniosły... Czy nawet jej podświadomość musiała być przeciwko niej? Potrzebowała tej przerwy jak niczego innego, jednak nie potrafiła się na nią zdobyć. Esther miała tylko nadzieję, że jej naiwność nie wygra z rozsądkiem.

Przyglądała się drzewom już od dłuższego czasu. Położenie niektórych z nich znała już na pamięć. Śledziła wzrokiem każdy ruch, jaki pojawiał się w jego zasięgu. Wsłuchiwała się w wiatr i szelest liśćmi, którymi poruszał. Była jak w transie. Na krótką chwilę udało jej się oczyścić umysł z wszystkich niechcianych myśli. Esther nawet nie podejrzewała, że będzie to takie łatwe. Nie mogło to jednak trwać wiecznie. W końcu myśli uderzyły w nią ze zdwojoną siłą.

Esther wiedziała, że taki stan rzeczy musi się w końcu skończyć. Była to ostatnia szansa na podjęcie jakiejkolwiek racjonalnej decyzji. Jeśli będzie zwlekać, nigdy nie uda jej się wybrać właściwie. Tylko dlaczego to było aż takie trudne? W końcu wiedziała już, do czego zdolny jest Eugene. Powinna stamtąd odejść i już nigdy nie wrócić. Co więc ją powstrzymywało? Jeszcze kilka godzin temu odeszłaby bez zastanowienia z zamiarem zostawienia tych przemyśleń na inny dzień. Czy to obojętność Nathaniela tak na nią wpłynęła? Naprawdę przestała przejmować się jego losem? Miała nadzieję, że nie to było powodem jej bezmyślnej wędrówki.

Zaczynała już drętwieć z zimna. Słońce dawno zniknęło za horyzontem, a na jego miejscu pojawił się księżyc. Przyglądała się sierpowi z nostalgią. Wiedziała już, co powinna zrobić. Nie mogła się jednak przemóc, aby wykonać krok. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że dalej nogi poniosą ją same, jednak ten pierwszy był najtrudniejszy. Esther nie była pewna, czy jest gotowa na pożegnanie...

***

- Dlaczego nie mówisz mi całej prawdy? - zapytała z wyrzutem May.

- O co chodzi tym razem, May? - odpowiedział pytaniem Michael.

May nie potrafiła zinterpretować wyrazu jego twarzy. Był zupełnie inny niż ten, z którym miała jak dotąd do czynienia. Wolała nie domyślać się, co takiego próbuje w ten sposób przed nią ukryć. Zaczęła się zastanawiać, czy był taki już wcześniej, a ona zauważyła to dopiero teraz, gdy jej zaufanie zostało nadszarpnięte, czy coś doprowadziło go do takiego stanu... Zdecydowała jednak, że odłoży te przemyślenia na później.

- Mówiłeś, że nie znasz zbyt dobrze Patricka - powiedziała May.

- Bo tak jest - potwierdził Michael.

- To dlaczego, gdy go ostatnio widziałam, bał się, że jakieś jego tajemnice? - zapytała.

- Musiałaś coś źle zrozumieć... - odpowiedział.

- On mi groził, Michael - powiedziała z wyrzutem - tego nie da się źle zrozumieć.

Był zaskoczony. May widziała, że usiłuje coś powiedzieć, jednak z marnym skutkiem. Nie wiedziała tylko, czy jest to spowodowane zachowaniem Patricka, czy tym, że odkryła jego kłamstwo... Gdzieś w środku miała nadzieję, że to pierwsze. Niestety niedane jej było poznać odpowiedzi teraz, ponieważ gdy tylko Michael otworzył usta, znikąd pojawił się Barnes.

- Ostrzegałem cię, żebyś trzymała się od niego z daleka - wycedził przez zęby Patrick, łapiąc May za nadgarstek i odciągając od Michaela.

- Co ty robisz, Barnes?! - zareagował Michael, jednak nikt nie zwrócił na niego uwagi.

- Myślałam, że wyraziłam się jasno na temat tego, co myślę o twoich groźbach - powiedziała May bez najmniejszych oznak emocji.

- Nie pogrywaj ze mną. Naprawdę sądzisz, że nazwisko cię przede mną uratuje? - zapytał Patrick, mocniej ściskając jej nadgarstek.

- Jestem gotowa to sprawdzić - mówiła, patrząc mu prosto w oczy - Chociaż moim zdaniem jesteś tchórzem, który nie odważy się na nic więcej, niż groźby - powiedziała May w momencie, w którym Barnes puścił jej rękę.

Uśmiechnęła się drwiąco. Od samego początku wiedziała, że ma nad nim przewagę. Zwróciła swoją uwagę na Michaela. Wyglądał na bardziej zmieszanego, niż chwilę temu, gdy złapała go na kłamstwie. Widocznie nie wiedział, jak powinien zareagować.

- To kiedyś odwróci się przeciwko tobie - ostrzegł ją Patrick.

- Nie byłabym tego taka pewna - powiedziała May.

Odwróciła się i odeszła. Była wściekła na Barnesa, że przerwał jej rozmowę z Michaelem. Miała niemalże pewność, że udało jej się go złamać. Była tak wzburzona, że nie zwróciła uwagi na pewien istotny szczegół. Jednak gdy tylko to do niej dotarło, było już za późno. Ostatnią rzeczą, jaką usłyszała, był krzyk Michaela i Patricka, gdy spadała...